Wprowadzenie Instytucja ograniczenia zbywalności udziałów w spółce z ograniczoną odpowiedzialnością stanowi jeden z podstawowych mechanizmów ochrony stabilności właścicielskiej spółki oraz zabezpieczenia interesów jej wspólników. Ustawodawca, przyznając wspólnikom możliwość uzależnienia rozporządzenia udziałami od zgody spółki lub jej organów, zmierzał do zachowania osobowego charakteru spółki z o.o. oraz zapewnienia wspólnikom wpływu na skład osobowy podmiotu. W praktyce obrotu gospodarczego często pojawiają się jednak sytuacje, w których wspólnik zamierza dokonać zbycia udziałów pomimo braku wymaganej zgody zgromadzenia wspólników albo zarządu. Powstaje zatem pytanie o skuteczność takiej czynności oraz o granice dopuszczalności ograniczeń przewidzianych w umowie spółki. Charakter prawny ograniczeń zbywalności udziałów […]
Earn-out w praktyce – mechanizm zabezpieczenia czy źródło sporów?
9 czerwca 2026 | Daria Bukowska
Mechanizm, który ma łączyć, a najczęściej dzieli
Earn-out należy do tych konstrukcji transakcyjnych, które brzmią rozsądnie w teorii, ale potrafią okazać się kosztowne w praktyce. Idea jest pociągająca: część ceny za spółkę nie jest płatna od razu, lecz uzależniona od wyników, jakie biznes osiągnie już po sprzedaży. Sprzedający, przekonany o potencjale swojej firmy, dostaje szansę „udowodnienia” jej wartości i otrzymania pełnej, ambitnej ceny. Kupujący nie przepłaca z góry za obietnice, lecz płaci za rezultat, który faktycznie się zmaterializuje. Na papierze interesy stron są idealnie zbieżne.
Problem polega na tym, że ta zbieżność jest pozorna i trwa dokładnie do dnia zamknięcia transakcji. Od następnego dnia interesy stron rozjeżdżają się w sposób strukturalny — i to właśnie ten rozjazd czyni z earn-outu jedno z najczęstszych źródeł sporów po transakcji. Aby zrozumieć, dlaczego tak się dzieje, trzeba spojrzeć na to, kto po sprzedaży faktycznie kontroluje biznes, a kto jedynie czeka na jego wyniki.

Skąd bierze się napięcie
Po zamknięciu transakcji to kupujący przejmuje kontrolę nad spółką: decyduje o budżetach, inwestycjach, polityce zatrudnienia, alokacji kosztów między spółkami w grupie, a często o całym modelu rozliczeń. Sprzedający natomiast — choć jego pieniądze wciąż zależą od wyników tej spółki — traci nad nią realny wpływ. Powstaje sytuacja, w której jedna strona ma kontrolę nad wynikiem, a druga ma w tym wyniku interes finansowy. To klasyczny konflikt agencyjny, wbudowany w samą konstrukcję.
Napięcie potęguje fakt, że niemal każdy wskaźnik, na którym opiera się earn-out, da się kształtować decyzjami zarządczymi. Jeśli premią dla sprzedającego jest osiągnięty zysk EBITDA, kupujący — często w pełni racjonalnie, z perspektywy całej grupy — może obciążyć spółkę kosztami zarządu grupowego, przesunąć rentowne kontrakty do innego podmiotu, zwiększyć nakłady inwestycyjne albo zmienić politykę rozpoznawania przychodów. Każda z tych decyzji może być uzasadniona biznesowo, a jednocześnie obniżać wynik, od którego zależy dopłata dla sprzedającego. Sprzedający widzi w tym celowe „rozcieńczanie” earn-outu; kupujący — zwykłe zarządzanie własną spółką. I obie strony mają w swoim rozumieniu rację.
To jest sedno problemu: earn-out nie jest sporem o złą wolę. Jest sporem o to, że umowa pozostawiła zbyt szeroki margines interpretacji w sytuacji, w której interesy stron z natury się rozchodzą.
Co najczęściej staje się ogniskiem sporu
Choć każda transakcja jest inna, spory o earn-out powtarzają się wokół kilku stałych punktów. Pierwszym jest definicja wskaźnika — czym dokładnie jest „EBITDA”, „przychód” czy „zysk netto” na potrzeby rozliczenia. Bez precyzyjnej, zamkniętej definicji i bez ustalonej polityki rachunkowości każda ze stron policzy ten sam wynik inaczej. Drugim jest sposób prowadzenia biznesu w okresie earn-out — czy kupujący ma swobodę, czy też zobowiązał się prowadzić spółkę „w zwykłym toku” i nie podejmować działań szkodzących wskaźnikowi. Trzecim jest alokacja kosztów i przychodów w grupie — szczególnie zapalny obszar, gdy nabywcą jest większy podmiot z wieloma spółkami zależnymi. Czwartym wreszcie jest mechanizm rozstrzygania rozbieżności — to, czy strony przewidziały szybką ścieżkę z udziałem niezależnego biegłego, czy też skazały się na wieloletni proces sądowy.
Łączy je wspólny mianownik: wszystkie te punkty można było uregulować w umowie. Spór o earn-out prawie nigdy nie wynika z tego, że mechanizm jest zły — wynika z tego, że został zapisany zbyt ogólnie.
Jak skonstruować earn-out, który zabezpiecza, a nie naraża
Dobrze zaprojektowany earn-out opiera się na kilku zasadach, które wspólnie ograniczają pole do sporu. Po pierwsze, wskaźnik powinien być możliwie prosty i trudny do manipulacji — przychód jest łatwiejszy do zweryfikowania niż EBITDA, a EBITDA łatwiejsza niż zysk netto, który zależy od kilkudziesięciu decyzji księgowych. Po drugie, polityka rachunkowości powinna zostać zamrożona — umowa powinna wprost wskazywać, według jakich zasad liczy się wynik, i zakazywać ich zmiany w okresie earn-out. Po trzecie, sprzedający powinien uzyskać klauzule ochronne (protective covenants) — zobowiązanie kupującego do prowadzenia spółki w zwykłym toku, do niewydrenowywania jej z rentownych kontraktów i do nieobciążania jej nieuzasadnionymi kosztami grupowymi. Po czwarte, niezbędna jest klauzula współdziałania i dobrej wiary oraz zakaz działań zmierzających do zaniżenia earn-outu — sąd w Polsce odczyta zobowiązania stron przez pryzmat zasad współżycia społecznego i obowiązku wykonywania zobowiązań zgodnie z ich celem, ale lepiej, by strony zapisały to wprost. Po piąte wreszcie, umowa powinna zawierać sprawny mechanizm rozstrzygania sporów — odwołanie do niezależnego biegłego rewidenta jako arbitra rachunkowego, który rozstrzygnie różnicę w wyliczeniach szybciej i taniej niż sąd.
Nad tym wszystkim warto postawić jedno pytanie, które porządkuje całą konstrukcję: jak zachowa się ten mechanizm, jeśli relacje między stronami się popsują? Earn-out napisany na czas dobrej współpracy jest bezwartościowy. Earn-out napisany na wypadek konfliktu — chroni realnie.
Dwa studia przypadku
Poniższe przykłady mają charakter ilustracyjny — przedstawiają typowe, zanonimizowane scenariusze, które powtarzają się w praktyce transakcyjnej. Nie odnoszą się do konkretnych, rzeczywistych transakcji.
Earn-out, który stał się pułapką
Właściciel spółki technologicznej sprzedaje 100% udziałów inwestorowi branżowemu. Strony różnią się w ocenie wartości firmy, więc dzielą cenę: część płatna przy zamknięciu, część jako earn-out zależny od EBITDA osiągniętej w dwóch kolejnych latach. Definicję EBITDA zapisano jednym zdaniem, bez przypisanej polityki rachunkowości i bez klauzul ochronnych dla sprzedającego.
Po przejęciu inwestor — w pełni zgodnie z literą umowy — obciąża spółkę opłatami za usługi zarządcze grupy (management fee), przenosi dwa duże kontrakty do innej spółki zależnej „dla optymalizacji” i zwiększa nakłady na rozwój produktu. Każda z tych decyzji ma uzasadnienie biznesowe. Łącznie obniżają jednak EBITDA poniżej progu earn-out, w efekcie czego sprzedający nie otrzymuje praktycznie żadnej dopłaty. Sprzedający twierdzi, że to celowe drenowanie wyniku; kupujący — że to normalne zarządzanie grupą. Spór trafia do sądu, ciągnie się latami, a jego rozstrzygnięcie zależy od trudnego dowodowo wykazania, czy decyzje zarządcze były podejmowane w celu zaniżenia earn-outu.
Wniosek: mechanizm nie zawiódł dlatego, że ktoś działał w złej wierze. Zawiódł, bo umowa nie przewidziała klauzul ochronnych, nie zamroziła polityki rachunkowości i nie zabezpieczyła sprzedającego przed alokacją kosztów grupowych. Te trzy zapisy zmieniłyby losy całej transakcji.
Earn-out, który zadziałał
Założycielka spółki usługowej sprzedaje większościowy pakiet udziałów funduszowi, pozostając w zarządzie na okres earn-out. Tym razem konstrukcję przemyślano. Wskaźnikiem jest przychód (a nie zysk) — prostszy i odporniejszy na manipulację kosztową. Umowa zamraża zasady rozpoznawania przychodu, zobowiązuje kupującego do prowadzenia spółki w zwykłym toku i zakazuje przenoszenia kontraktów poza spółkę bez zgody sprzedającej. Przewidziano też, że jakąkolwiek różnicę w wyliczeniu rozstrzyga niezależny biegły rewident w terminie 30 dni, a nie sąd.
Gdy po roku pojawia się rozbieżność co do zaliczenia jednego dużego kontraktu do okresu earn-out, strony nie idą do sądu — kierują sprawę do biegłego, który w ciągu miesiąca rozstrzyga ją na podstawie jasno zapisanych zasad. Earn-out zostaje rozliczony, relacja stron przetrwa, a sprzedająca otrzymuje należną dopłatę.
Wniosek: ta sama konstrukcja, która w pierwszym przypadku stała się źródłem wieloletniego sporu, w drugim zadziałała dokładnie tak, jak miała — jako uczciwy mechanizm podziału ryzyka. Różnicy nie zrobiła dobra wola stron, lecz precyzja umowy.
Earn-out nie jest dobry ani zły. Jest tak dobry, jak jego zapis
Z tych dwóch scenariuszy płynie jeden wniosek, który warto zapamiętać przed każdą transakcją z odroczoną częścią ceny: earn-out sam w sobie nie jest ani mechanizmem zabezpieczenia, ani źródłem sporów. Staje się jednym albo drugim w zależności od tego, jak został skonstruowany. Ten sam pomysł, zapisany ogólnie, generuje konflikt; zapisany precyzyjnie — chroni obie strony i pozwala uczciwie podzielić ryzyko, którego przy zamknięciu transakcji nie dało się jeszcze rozstrzygnąć.
Dlatego do earn-outu nigdy nie podchodzimy jak do dodatkowej klauzuli cenowej. Traktujemy go jak osobny, kilkuletni mechanizm współpracy stron, który trzeba zaprojektować z myślą o scenariuszu konfliktu — bo to właśnie wtedy okazuje się, ile naprawdę był wart.
Wpis nie stanowi porady ani opinii prawnej w rozumieniu przepisów prawa oraz ma charakter wyłącznie informacyjny. Stanowi wyraz poglądów jego autora na tematy prawnicze związane z treścią przepisów prawa, orzeczeń sądów, interpretacji organów państwowych i publikacji prasowych. Kancelaria Ostrowski i Wspólnicy Sp.K. i autor wpisu nie ponoszą odpowiedzialności za ewentualne skutki decyzji podejmowanych na jego podstawie.
